wtorek, 7 stycznia 2020

Wierszyk o tanecznym odchudzaniu

Pewna dziewczynka gruba jak beczka,
nie chciała więcej śmietanki z mleczka,
miała już dosyć szynki i ciastek,
nie chciała w lustrze na siebie patrzeć.
Śmiały się czasem z niej koleżanki,
najgorsze były smutne poranki,
bo nasza panna po gimnastyce
dyszała jak śnieżny lampart w Afryce.
Chłopcy nie chcieli się z nią umawiać,
a lekarz kazał na wadze stawać
i mruczał coś tam o nadciśnieniu,
cukrzycy, sercu, uzależnieniu.
Na szczęście nasza big bohaterka,
prócz majonezu na salaterkach
miała w swym życiu jeszcze pragnienie,
aby pokazać to uniesienie,
jakie jej dają dźwięki muzyki,
wszak bez muzyki byłaby nikim.
Gdy nikt nie widział, ćwiczyć zaczęła,
a magia tańca wnet ją ujęła.
Już po miesiącu tańca w ukryciu
daje się odczuć zmianę w jej życiu:
wszystkie koszulki, suknie i spodnie
są coś za luźne i niewygodne.
W innym rozmiarze robi zakupy,
nie bierze trzeciej dokładki zupy,
a w tańcu lekka jest jak motylek,
co siada w kwiatku tylko na chwilę.
Mija kolejnych osiem miesięcy,
na koniec roku będą występy,
schodzi do auli calutka szkoła,
siadają w rzędach i dookoła
sceny, na której zaraz się zacznie
apel, przemowy, śpiewy i tańce.
Wartką muzykę wreszcie słyszymy
- jako solistkę kogo widzimy?
Te piruety i te podskoki,
i te w szpagatach cudne wyskoki
To nasza szczupła już bohaterka
i znakomita, zdolna tancerka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz